Seria 4, Odcinek 10 – No Time Like the Past

Seria 4, Odcinek 10 - No Time Like the Past
Seria 4, Odcinek 10 – No Time Like the Past

Nieodległa przyszłość. Świat stoi na krawędzi chaosu i zniszczenia, ulicami rządzi przemoc a ludzie każdego dnia drżą ze strachu przed nadciągającą nieuchronnie wojną nuklearną. Profesor Paul Driscoll (Dana Andrews), którego rzeczywistość i kondycja człowieczeństwa u schyłku dwudziestego wieku napawają obrzydzeniem, uznaje, iż jedyną metodą przywrócenia akceptowalnego stanu rzeczy jest podróż w przeszłość – do kluczowych wydarzeń w historii – i dokonanie w niej koniecznych zmian. Za pomocą skonstruowanej przez siebie machiny czasu i przy współudziale swojego – wyrażającego pewne obawy względem planowanego przez Driscolla przedsięwzięcia – asystenta, profesor udaje się w podróż w przeszłość. Odwiedzi Hiroszimę w 1945 roku – na krótki czas przed zrzuceniem nań Little Boya – następnie uda się do Berlina w roku 1939, w celu wyeliminowania Adolfa Hitlera nim ów dojdzie do władzy, by ostatecznie spróbować powstrzymać storpedowanie RMS Lusitanii w 1915 roku. 

Niestety – a być może na szczęście? – historia znajduje swoje metody na to, by jej tor pozostał niezmienny. Każdy z trzech skoków w przeszłość kończy się niepomyślnie. Szef japońskiej policji nie wierzy w – przyznać trzeba brzmiące raczej nieprzekonująco – ostrzeżenia Driscolla o zbliżającym się niebezpieczeństwie. W 1939 roku próba zamachu podjęta przez profesora zostaje udaremniona przez pokojówkę, która wzywa Gestapo a kapitan Lusitanii odmawia zmiany kursu statku choćby o milimetr. Driscoll wraca do swojej epoki i postanawia porzucić współczesność, uciekając na dobre do „starych, dobrych czasów” – do roku 1881, do sielskiego miasteczka Homeville w stanie Indiana.

„What i was trying to tell them, and you now is that within an hour this city is going to be destroyed and upward of 60,000 to 70,000 human beings will be killed. You don’t get it, do you? You’re going to be bombed out of existence! There are some things you could do about it. Start an evacuation of women and children. You can save a few thousand human lives.”

Wyposażywszy się niezbędne ku temu przedmioty z epoki – oraz zabierając ze sobą książkę opisującą historię regionu – i nie zważając na obiekcje swojego asystenta, który uważa, iż idące za tym ryzyko dokonania niepożądanej zmiany w przeszłości może zaowocować tragicznymi skutkami w przyszłości, profesor Driscoll przenosi się w czasie do cudownej epoki, gdzie powietrze było czystsze, jedzenie zdrowsze, piwo tańsze a ludzie otwarci i życzliwi. Jak jednak dość prędko zauważa, przeszłość nie wygląda wcale tak różowo, jakby się mogło wydawać – pionierskie czasy, w które się przeniósł, to również okres masowej wycinki wielkich połaci puszczy i wybijania niektórych gatunków zwierząt, ale przede wszystkim epoka wielkich niesprawiedliwości wyrządzanych rdzennym mieszkańcom tych terenów.

Jakkolwiek, Driscoll nie zamierza tak łatwo się poddawać. Zwłaszcza, że na swej drodze spotkał piękną nauczycielkę, pannę Abigail Sloan (Patricia Breslin), w której z miejsca się zakochał. Zresztą z wzajemnością. I kiedy wszystko zaczyna się powolutku układać a tajemniczy pan Driscoll staje się wartościowym członkiem miejscowej społeczności, odnaleziona w przyniesionym z przyszłości podręczniku historii informacja sprawia, że profesor zmuszony jest złamać solenne przyrzeczenie nieinterweniowania w wydarzenia z przeszłości.

„Captain, i’m not asking you to scuttle the ship i’m only asking you to alter course one single degree!”

Książka donosi, iż dwanaścioro dzieci zginie w pożarze szkolnego budynku, zainicjowanym przez lampę naftową, która upadła z przejeżdżającego powozu. W dniu, kiedy ma dojść do wydarzenia, rzeczywiście nieopodal szkoły zatrzymuje się domokrążca, niejaki profesor Eliot (Malcolm Atterbury) oferujący dekokty i wywary na wszelkie okazje i dolegliwości. Driscoll próbuje powstrzymać powóz a nawet zmusić Eliota do wyprzęgnięcia koni, ale przepychanka pomiędzy dwoma – cóż – profesorami prowadzi do zgoła odmiennych skutków.

Spłoszone konie zrywają się w niekontrolowanym pędzie a kiedy powóz mija budynek szkoły gubi przymocowaną doń lampę naftową a ta – zgodnie z wcześniejszą wersją historii – wznieca pożar. Tym samym do Driscolla w końcu dociera smutna prawda. Przeszłość znajdzie metody by się „naprawić” a cokolwiek się w niej się wydarzyło jest nieuniknione i nie da się powstrzymać. Pożar, który próbował powstrzymać profesor, w istocie rzeczy wybuchł z jego powodu. 

Paul Driscoll postanawia więc opuścić przeszłość i pozostawić ją w rękach tych, którzy do niej należą. Żegna się więc z Abigail, której wyjawia skąd przybył i wyjaśnia powody swojego odejścia. Wracając do czasów współczesnych przyznaje rację swojemu asystentowi – nie da się zmienić rzeczywistości, próbując nagiąć zaistniałe wcześniej wydarzenia. Może więc lepiej poświęcić swą wiedzę i wysiłek na zmianę obecnego świata i spróbować zawalczyć o lepszą przyszłość?

„I’m going back, not to change anything but to become a part of it. A world of band concerts and summer nights on front porches. A world that never heard of an atomic bomb world war, or germ warfare… That’s where i’m going.”

Odcinek „No Time Like the Past” najbardziej przejrzyście ukazuje, w jakim impasie twórczym znajdował się Rod Serling w okresie powstawania czwartego sezonu „Strefy Mroku”. Zwłaszcza, jeśli zestawić go z epizodami powstałymi na podstawie scenariuszy pozostałych twórców tej serii. To odcinek wtórny względem wcześniejszego dorobku twórcy serialu, pełen dziur logicznych (dlaczego profesor wdaje się w utarczkę z Eliotem, zamiast po prostu poprosić Abigail o wyprowadzenie dzieci ze szkoły?) i dość tanich chwytów (tu wybija się zwodząca widza scena z „próbnym” strzałem Driscolla oddanym w kierunku Adolfa Hitlera).

Epizod wydaje się być pozszywany – wyjątkowo grubymi nićmi – z kilku wcześniejszych i o niebo lepszych odcinków eksploatujących motyw podróży w czasie. Historie opowiadające bohaterach próbujących powstrzymać wielkie tragedie z przeszłości pojawiły się chociażby w odcinkach Back There, czy – w serlingowskim majstersztyku spoza „Strefy Mroku” – The Time Element. A o wiele lepsze opowieści o bohaterach próbujących opuścić niegościnny i przygnębiający świat współczesny, szukających azylu w wyidealizowanej przeszłości, to przecież genialne Walking Distance (z scenariusza którego w „No Time Like the Past” powiela nawet scenę, w której bohater jest pozytywnie zaskoczony niższą ceną zamawianego w barze napoju) i A Stop at Willoughby” (Homeville – które, ponownie, nazywa się niepokojąco podobnie, jak miasteczko z „Walking Distance” i wygląda niemal identycznie, jak Willoughby). Nie trzeba dodawać, że melanż wszystkich wcześniejszych pomysłów wypadł w porównaniu z wymienionymi wyżej odcinkami bardzo, bardzo słabo. Zresztą sam Serling, krótko po emisji niniejszego epizodu miał powiedzieć: „W Strefie Mroku (…) zajeździliśmy na śmierć temat podróży w czasie.”

„Everybody has to have views as to the destiny of our country. Now, you take the case of the Indian wars, five years ago. All this silly conciliatory nonsense about giving the Indians lands. As if you could actually make savages understand treaties. We should have had and 100,000 men and we should have swept across the plains destroying every redskin who faced us…”

Obok kalkowania pomysłów ze swych uprzednich scenariuszy, Serling nie przyłożył się też do nadania tej historii odpowiedniej spójności i logiki. Pierwszym z brzegu przykładem jest to, iż najpierw Driscoll wyrusza, by spróbować dokonać naprawdę ważnych zmian w historii – milczeniem pominąć powinno się kwestię tego, że cofa się do Hiroszimy na kilka godzin przed bombardowaniem, gdzie nawet gdyby udało mu się przekonać władze, iż informacja, którą posiada jest prawdziwa, to jak niby miałoby to wpłynąć na nadchodzące wydarzenia? – by później, w Homeville, przeżywać katusze przed podjęciem decyzji odnośnie tego, czy ingerować w wydarzenie z historycznego punktu tak mało istotne, jak pożar lokalnej szkoły (swoją drogą w radiowym słuchowisku na podstawie scenariusza niniejszego odcinka, udaje mu się uratować dzieci, z których żadne nie ponosi większych obrażeń).

Może miałkość scenariuszowa to efekt licznych zmian – kilku z nich dokonano już na etapie produkcyjnym, wymuszając przy tym dokrętki nowych scen – jakie zachodziły w scenariuszu na przestrzeni lat od momentu powstania jego pierwszej wersji? W pierwotnym skrypcie z 1958 roku – zatytułowanym „You Must Go Home Again” – mamy do czynienia z historią młodego żołnierza, któremu po powrocie z wojny oferuje się w nagrodę wakacje w wybranym okresie historycznym. Może udać się do Egiptu z okresu panowania faraonów, by być świadkiem budowy piramid, albo udać się na spotkanie z piękną Heleną Trojańską. Żołnierz jednak wybiera podróż do XIX wieku, do małego miasteczka w Illinois. Wakacje jednak tak bardzo przypadają mu do gustu, iż po upływie wyznaczonego czasu mężczyzna ani myśli wrócić do ponurej współczesności. Przełożeni wysyłają po niego innego mężczyznę, któremu – powołując się na idee honoru i obowiązku wobec ojczyzny – udaje się w końcu namówić urlopującego się w przeszłości wojaka. Jakkolwiek, kiedy nadchodzi moment opuszczenia XIX wieku, nasz bohater zmienia zdanie i udaje się na festyn z okazji dnia 4 lipca…

Ta wersja scenariusza przechodziła szereg różnych metamorfoz, z których nawet ostateczna iteracja nie zadowalała do końca ani samego twórcy ani ówczesnego producenta serialu, Herberta Hirschmana. Ów drobiazgowo i do samego końca produkcji wyłapywał różne wpadki i nielogiczności – jak widać, niezupełnie mu się to udało – i ordynował poprawki, oraz zgłaszał konieczność nakręcanie pewnych scen od nowa. „No Time Like the Past” rodziło się bólach i – biorąc pod uwagę komentarze, zarówno producenta, jak i samego Roda Serlinga – ostatecznie okazało się dzieckiem niechcianym. Jeśli można powiedzieć cokolwiek dobrego o tym odcinku, należy nadmienić, że dialogi wciąż utrzymane są na wysokim poziomie, oraz epizod wypada całkiem dobrze od strony aktorskiej. Dana Andrews nie jest wprawdzie w stanie do końca uwiarygodnić kuriozalnego po wielokroć zachowania profesora Driscolla, ale dzięki jego grze aktorskiej daje się sympatyzować z bohaterem i zrozumieć jego ogólne motywacje. Z pewnym żalem przyjmuję jednak fakt, iż pojawiająca się ponownie w „Strefie Mroku” znakomita Patricia Breslin (Nick of Time) otrzymała dość nieciekawą rolę dającą tak niewiele przestrzeni do szerszego popisania się talentem aktorskim. Ciekawostkę stanowi rola Malcolma Atterbury’ego, wcielającego się obwoźnego sprzedawcę dekoktów, profesora Eliota, który w pierwszym sezonie zagrał identyczną partię, jako Henry J. Fate w odcinku Mr. Denton on Doomsday. I chociaż tutaj jego postać nazywa się inaczej, efekt spotkania z nim profesora Driscolla wyklucza przypadkowość w doborze tego właśnie aktora do tej roli. Bardzo ciekawy smaczek. 

„It can’t work because i know too many things. I know… I know about too many tomorrows. (…) Your history, Abby. You, and this town, and the people in it. Everything about it, your history and i can’t change you. I can’t even touch you. (…) Because the past is inviolate. The past is sacred. It belongs to those of you who live in it. It’s not for interlopers for people who are just passing by, look in and wish they were a part of it. „

Ocena odcinka: 3/10

Reklamy
Seria 4, Odcinek 10 – No Time Like the Past

Jedna uwaga do wpisu “Seria 4, Odcinek 10 – No Time Like the Past

  1. Rzeczywiście odczuwalne w odcinku jest zmęczenie materiału, ale aż tak nisko bym nie oceniał epizodu 10 serii czwartej jak Ty. Dla mnie to odcinek średni, który nie ogląda się znudzonym, ale też nie jest się zachwyconym. Pewnie za jakiś czas o nim zapomnę. Ocena: 5/10.

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s