Komiks: Twilight Zone #1959 (Dynamite, 2016)

Komiks: Twilight Zone #1959 (Dynamite, 2016)
Komiks: Twilight Zone #1959 (Dynamite, 2016)

Porzucając na moment publikowaną od 1962 roku serię komiksową, postanowiłem odbyć małą podróż w czasie, by za sprawą komiksu „Twilight Zone #1959” – wydanego 17 lutego 2016 roku przez oficynę Dynamite – sprawdzić, jak ze spuścizną Roda Serlinga poczynają sobie współcześni artyści. Niniejszy komiks nie jest częścią żadnej większej serii – to jednozeszytowe wydanie, nazywane w  żargonie komiksomaniaków „one-shotem”. „Twilight Zone #1959” zawiera trzy niezależne historie, napisane przez trójkę autorów – Marka Rahnera (etatowego scenarzysty wydawnictwa Dynamite, specjalizującego się w opowieściach grozy), Toma Peyera (współpracującego między innymi przy tworzeniu historii do komiksów o Spider-Manie), oraz Johna Laymana (pracującego dla większości najpopularniejszych wydawnictw – od Dark Horse po DC Comics). Zilustrowania opowieści podjęli się panowie Randy Valiente i Colton Worley. Efekt ich współpracy jest daleki od ideału.

Cechą wspólną wszystkich trzech historii jest okres, w jakim zostały osadzone – Anno Domini 1959, rok w którym wyemitowany został pierwszy odcinek serialu „Strefa Mroku”. Niestety, dwie z trzech opowieści w niewielkim tylko stopniu wykorzystują potencjał tkwiący w pomyśle osadzenia akcji u progu lat sześćdziesiątych ubiegłego wieku. Twórcy bardzo luźno potraktowali tę koncepcję i bez cienia przesady można stwierdzić, że historie Toma Peyera i Johna Laymana mogłyby się rozgrywać równie dobrze w roku 2017. Pod wieloma względami komiks spółki Mark Rahner & Colton Worley wypada tu najlepiej – zarówno jako historia sprzed kilku dekad, jak i jako opowieść, która po lekkim oszlifowaniu mogłaby pojawić się w oryginalnej serii telewizyjnej Roda Serlinga.

„Laughing Matter”

Zeszyt otwiera historia „Laughing Matter”, w której mamy wątpliwą przyjemność poznać niejakiego Coddingtona Buckleya III, prezesa banku, pieniacza i despotę, oraz wyrodnego ojca. Mężczyzna ów – pieszczotliwie nazywany Mussolinim przez swoich podwładnych – nie może ścierpieć faktu, że jego syn Coddy jest bujającym w obłokach romantykiem. W związku z tym redukuje go do roli zwykłego pracownika, pomiatając nim na wszelkie możliwe sposoby. Pewnego dnia Coddington Buckley III przyłapuje swojego potomka na tym, jak trwoni bezcenny czas, rysując coś na kartce papieru. Brutalnie wyrywa mu rysunek, na którym widnieje wizerunek jednej z młodych pracownic banku, panny Bannister.

„Laughing Matter”

Buckley daje upust swej wściekłości, wyżywając się nie tylko na swoim synu, ale także na Bogu ducha winnej dziewczynie. Zakazuje jej jakichkolwiek kontaktów z synem, obwiniając przy tym o umyślne prowokowanie młodzieńca. Coddy jest ogromnie zażenowany całym zajściem. Na szczęście panna Bannister to miła i wyrozumiała dziewczyna, która przed wyjściem do domu zachodzi do biura Coddy’ego i zapewnia go, że nie chowa doń urazy. Ba, być może cała sytuacja popchnie relacje pomiędzy tą dwójką na nowe tory? Niestety, rozmowę podsłuchuje Coddington Buckley III i naprędce prokuruje podły plan. Wybiega za panną Bannister i informuje ją, że właśnie wpadł na trop malwersacji, jakiej się dopuściła. Następnie szantażuje dziewczynę – jeśli odejdzie z firmy z własnej woli, obejdzie się bez udziału policji. Cóż, niezdolna przeciwstawić się wpływowemu bankierowi, panna Bannister odchodzi. Tego już za wiele dla Coddy’ego – kiedy następnego dnia pracownicy wracają do banku zastają tragiczny widok… jakkolwiek z jakiegoś powodu wszyscy reagują nań histerycznym śmiechem. Kiedy pojawia się sam pryncypał, okazuje się, że jest jedynym, któremu nie jest do śmiechu…

Historia ta z powodzeniem nadawałaby się do serialu „Opowieści z Krypty”. Jest nadzwyczaj prosta i przewidywalna, a jej finał, który skręca w kierunku absurdalnej makabreski kompletnie nie licuje z oryginalną „Strefą Mroku”. Nawet jeśli „Laughing Matter” ma jakiś morał – „jeśli jesteś bucem pomiatającym wszystkimi dookoła, to prędzej czy później karma skopie ci tyłek?” – to jest on płytki i banalny. Ponadto karykaturalne rysunki w niczym nie pomagają tej opowieści.

„Initiation”

“Initiation” to historia zupełnie innej kategorii. Opowieść o dwóch chłopcach, Phillipie i Sullym, którzy postanowili okrutnie zabawić się kosztem młodszego kolegi, Marlona. Ów chłopiec, który niedawno wprowadził się na przedmieście i sprawia wrażenie nieco ograniczonego umysłowo, staje się łatwym celem niewybrednych żartów. Kiedy Marlon chce wraz chłopcami oglądać serial o przygodach Rance’a McGrew (bardzo ładne nawiązanie do odcinka „Strefy Mroku”Showdown with Rance McGrew), ci chcąc się go pozbyć mówią mu, że aby móc przebywać i bawić wraz z nimi musi zostać członkiem ich klubu. Aby do tego doszło przejść musi przejść inicjację.

„Initiation”

Oczywiście, nie ma żadnej inicjacji a jedynie wymyślane na poczekaniu głupie żarty – brane przez Marlona całkiem serio – polegające na tym, iż na każdym z trzech etapów „rytuału przejścia” chłopiec na różne sposoby obraża swoją matkę. Za każdym razem Sully i Phillip mówią mu, by wszedł do domu, zostawiając uchylone drzwi a następnie powiedział swej mamie coś sprośnego. Oczywiście, odgłosy dochodzące z domu – wrzaski Marlona i odgłos solidnego manta spuszczanego mu przez matkę, sprawiają frajdę starszym chłopcom. Z czasem jednak docierają do nich fakty, które przeoczyli, kiedy skupiali się na tym, jak najbardziej dopiec Marlonowi. Nikt nigdy nie widział ani jego matki ani ojca. Ba, nikt nie ma pojęcia czy chłopiec ma oboje rodziców, bowiem o tajemniczej rodzinie nic nie wiadomo.

„Initiation” pełne jest ukrytych smaczków i niedopowiedzeń. To naprawdę świetna historia, która wymaga co najmniej dwukrotnego przeczytania, aby docenić to, jak misternie została utkana. A nawet po wielokrotnej lekturze jej zakończenie pozostaje niejasne i przyprawia o ciarki. Ponadto Mark Rahner pozostawił czytelnikom dużą wolność interpretacji tej opowieści i jako jedyny z trojga autorów tej antologii zrozumiał, czego mogą oczekiwać oni od komiksu o tak sprecyzowanym tytule. Klimat amerykańskiego przedmieścia lat sześćdziesiątych wylewa się z kart tej opowieści a poutykane tu i ówdzie mrugnięcia okiem do fanów serialu zaskakują pomysłowością i subtelnością. Całości dopełniają bogate w detal ilustracje Coltona Worleya w ciepłej – kojarzącej się z letnim dniem – palecie barw.

„Initiation”

O “Comic Code” – ostatniej z zawartych w zeszycie opowieści – powiedzieć mogę tyle, że wydaje się spóźnionym o kilka dekad żartem. Tytuł dotyczy oczywiście Comics Code Authority – ustawy wymuszającej na wydawcach komiksów łagodzenie ich wulgarnych i brutalnych treści, które mogłyby odcisnąć nieodwracalne piętno na delikatnej psychice amerykańskich dzieci i młodzieży – a jej główny bohater doktor Richard Fredrickson to alter ego psychiatry Fredrica Werthama, inicjatora całego przedsięwzięcia. Podobnie, jak jego rzeczywisty odpowiednik, tak i doktor Fredrickson podejmuje się krucjaty przeciwko brutalnym, pełnym krwi, przemocy i seksu komiksom, oddziałującym destrukcyjnie na umysły młodocianych. Płoną stosy rozpalane, rzucanymi nań przez zszokowanych rodziców, komiksami.

„Comic Code”

Pewnego dnia do biura Fredricksona przybywa nijaki Harry Madsen. Mężczyzna ma dla Fredricksona propozycję nie do odrzucenia, pozwalającą upiec dwie pieczenie na jednym ogniu. W zamian za umieszczenie na okładkach znaczków, informujących, iż komiksy Madsena mieszczą się w kryteriach ustalonych przez Fredricksona, niestrudzony „obrońca moralności” otrzymywać miałby 25% z zysków ze sprzedaży. Oczywiście, propozycja ta to obelga rzucona w twarz doktora, który… zgodzić się może na to tylko i wyłącznie wówczas, jeśli jego „działka” wyniesie równe 50%.

8

Układ owocuje sukcesem na niespotykaną skalę. Komiksy ze znaczkiem Fredricksona sprzedają się doskonale, więc Madsen wpada na pomysł rozszerzenia „franczyzy” na zabawki i seriale telewizyjne. Ba, wkrótce ogromną popularność zyskują obozy letnie, w których młodzi ludzie mogą spędzić czas w przyjaznych i kulturalnych warunkach spełniających kryteria wyznaczone przez Fredricksona. Dumny z siebie – i bogatszy – doktor postanawia odwiedzić jeden z takich obozów. Siedzący przy ognisku chłopcy opowiadają mrożącą krew w żyłach o morderczych istotach przybyłych na Ziemię i brutalnie rozprawiających się z jej mieszkańcami. Fredrickson nie zamierza tolerować takich opowiastek w miejscu oznaczonym znakiem „Fredrickson Friendly”. Problem w tym, że dzieci siedzące przy ognisku to nie są zwykłe dzieci, a opowiastka wcale nie jest wymyśloną historyjką.

„Comic Code”

Pomijając „Initiation” nie znajduję w „Twilight Zone #1959” nic, co pragnąłbym zobaczyć w nowej wersji serialu. Pierwsza i ostatnia z historii rażą banałem, płycizną fabularną i niewybrednym żartem. Dodatkowo – co może brzmieć nieco kuriozalnie, jeśli wziąć pod z czego kpi się w „Comic Code” – w tych dwóch komiksach okropnie przeszkadzała mi ich… brutalność. W „Strefie Mroku” nigdy nie schlebiano gustom wielbicieli gore i makabry – tę przestrzeń zagospodarowały seriale pokroju „Opowieści z Krypty”, czy „Tales from the Darkside”. Wychodzi na to, że John Layman i Tom Peyer mają jedynie mgliste pojęcie o tym, czym dla wielu z fanów jest oryginalny serial a tytuł zeszytu zawierał w sobie, która nie została w pełni dotrzymana. Szkoda.

10
Komiks: Twilight Zone #1959 (Dynamite, 2016)
Reklamy
Komiks: Twilight Zone #1959 (Dynamite, 2016)

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s