Seria 3, Odcinek 23 – The Last Rites of Jeff Myrtlebank

Seria 3, Odcinek 23 - The Last Rites of Jeff Myrtlebank
Seria 3, Odcinek 23 – The Last Rites of Jeff Myrtlebank

Zmarło się Jeffowi Myrtlebankowi (James Best), chłopakowi na schwał. Choć młody, to dobrze był ułożony. Do szkółki niedzielnej regularnie uczęszczał i ani mu w głowie nie postały włóczęgi z frygami, którzy sobotnimi nocami spokój mieszkańców miasteczka, swoimi dzikimi wygłupami, zakłócali. Rodzicom przy farmie z ochotą pomagał i swoją lubą Comfort od Gatewoodów (Sherry Jackson) z fasonem traktował. Jednak okrutna choroba zabrała Jeffa i cała wieś zebrała się w kościółku, by godnie śmierć młodego Myrtlebanka uczcić. Nim jednak wielebny skończył swe przecierze, dziw nad dziwy, wieko trumny się uniosło i Jeff, żyw powstał i takoż zdumiony, jako i reszta gminu, która cudu zmartwychwstania Myrtlebanka doświadczyła. 

Gdy otumanienie tłumu opadło, jęła tłuszcza w popłochu uciekać z kościółka. Jeff, ze wszechmiar skonfudowany, za nimi podążył, pytając czemuż to w takim strachu przed nim ziomkowie drodzy czmychają? Przecież żaden z niego potwór, ani wampir, jeno ten sam Jeff od Myrtlebanków, którego od lat dobrze znają. Tedy jęli mu tłumaczyć, że on martwy od trzech dni na deskach leżał, o czym może poświadczyć doktor dobrodziej, który przy Jeffie był, kiedy ów ostatnie tchnienie z siebie wydawał. Doktor słowa prostaczków potwierdził, i powołując się na swą wiedzę i doświadczenie orzekł, że Jeff musi być jednym z niewielu przypadków „ipso suspendo animation”, czyli po naszemu doraźnego ciała czynności życiowych wstrzymania. Niepospolite to wydarzenie, w annałach medycyny podobnież jeno trzydzieści razy w ciągu piętnastu wieków dotąd notowane.

„Ma! Pa! Surprise! I sure hope you got a good supper on the calendar. What’s the matter? You act like i’m some sort of ghost or something.”

Cud, czy nie cud, ludziska nadal złym okiem na Jeffa patrzą. Nawet matula i ojciec, a i słodka i niewinna Comfort, jakoś tak się na Bogu ducha winnego Jeffa krzywią. Dopiero siostrzyczka Jeffa, mała Liz, nie bacząc na starszych zaniepokojenie, do braciszka podbiegła i mocno go uściskała. Tedy jakby zły czar prysnął i jęli się wszyscy ziomkowie cieszyć z powrotu chłopaka. I matula i tatko, i Comfort, a Jeff, który z głodnym brzuchem przez trzy dni z okładem przeleżał, wreszcie mógł do domu wrócić, by solidnie podjeść.

Dni mijały Jeffowi w zdrowiu i radości. I kiedy wszystko zaczęło normalnieć a rzeczy po staremu się układać, niewinna matuli uwaga, o chłopaka jakby niewyczerpanym wigorze, do uszu małej Liz dotarła. A ta, gdy ją jęły miejscowe urwisy o zdrowie brata podpytywać, zdradziła im, że ów się nieco odmiennie, niż przed śmiercią, zachowuje. Od słówka do słówka i już cała wieś konferować zaczęła, co z tym, ani chybi, diabłem wcielonym w ciało chłopaka Myrtlebanków począć.

„I know what it is. The miracle that happened here in our county. ‚Ipso suspendo animation’. Very rare. There have been only 30 cases in the past 1,500 years.”

A prym wśród nich wiódł Orgram, lubej Jeffa starszy brat. I gdy wieści o opętaniu Jeffa po wsi się rozniosły, nawet Comfort zaczęła lękać się swojego narzeczonego, choć niezmiernie go kochała. I gdy Jeff w zaloty do niej przyjechał, uprzednio matuli rabatki ogołociwszy, Comfort stronić od niego zaczęła i z wielkim chłodem traktować, a gdy Jeff do pocałunku się przymierzać zaczął, w drugi kąt izby zapłakana uciekła. Tedy młody Myrtlebank pojął, że i słodka Comfort od niego się odwróciła. W złości wielkiej z domu Gatewoodów wybiegł, a za nim Orgram, który myślał był, że złe w ciele Jeffa krzywdę jakowąś siostruni jego wyrządziło.

Orgram, co to nie raz i nie dwa, skórę – kiedy obaj jeszcze pędrakami byli – Myrtlebankowi przetrzepał, tym razem na własnej szczęce boleśnie się przekonał, że dni jego przewagi nad Jeffem minęły. Urażony honor zabolal jednak Orgrama mocniej niż obita gęba, tedy jął kmiotków podjudzać, że należy kres podłości położyć, i zle na dobre z miasteczka przepędzić. Comfort jednak, która wciąż Jeffa okropnie miłowała, w te pędy do lubego pobieżała, by go przed tłuszczy nadejściem przestrzec. Już tam w oddali słychać głosy rozeźlonych mężczyzn, ale Jeff jedno tylko chce wiedzieć – czy Comfort zostanie jego przyszłą żona, na dobre i na złe? Dziewczę wahało się chwil kilka, ale jego oświadczyny na ostatek przyjęło. Tedy Jeff prosi, by za nim, jak przystało przyszłej żonie, stanęła, aby razem kmiotkom, którzy z pochodniami zapalonymi przybyli, czoła wespół stawić.

„My grandma, she used to tell me about evil spirits roaming around the world trying to find a body to take over. She said that they’d steal a corpse sometimes before a man was good dead.”

Ludziska taki oto wybór dali Jeffowi – albo odejdzie z miasteczka i nigdy nie wróci, albo przyjdzie mu pożałować tego, że się rady nie usłuchał. Młody Myrtlebank, choć układny, to bynajmniej nie szpakami karmiony i taką perorę wygłosił, że prostaczkom aż w pięty poszło. Rzekł więc, że albo racji nie mają i on tym samym Jeffem jest, jakim i przed rzekomą śmiercią był, chłopakiem do tańca i różańca, albo w rzeczy samej demonem nieczystym. W tym drugim wypadku lepiej by było, coby mu na odcisk nie nadepnęli, bo w takim razie, starczy mu palcami strzelić, a już stodółka czy dwie w ogniu staną. Starczy mu pomyśleć, a szarańcza do cna im pola oczyści, a studnie wyparują. Strach blady padł na mężczyzn, którzy teraz kota ogonem zaczęli chyżo odwracać, Jeffa przepraszać a dowiedziawszy się o nadchodzących z Comfort zrękowinach, wyboru panny gratulować. Wszystko tedy dobrze się skończyło, i zakochani pod ramię do domu Myrtlebanków podążyli. Jedna tylko myśl Comfort spokoju długo jeszcze nie dawała – jakimż to sposobem Jeff fajeczkę był rozpalił, skoro nawet zapałki o draskę nie potarł?


W „The Last Rites of Jeff Myrtlebank” Montgomery Pittman daje wyraz swojemu sentymentowi do amerykańskiego, zaściankowego, Południa, gdzie dane mu było dorastać. Zabrał więc widza w nostalgiczną podróż – przy okazji punktując kilka przywar tych małych, często odizolowanych od świata zewnętrznego społeczności (bardzo fajnym przykładem tej „izolacji” jest zaczytany katalog Montgomery’ego Warda – który przegląda ojciec Jeffa – dostarczający mu tęgiej rozrywki) – do jednego z małych miasteczek. Takiego, jakim zapamiętał je z dzieciństwa.

„We’re going to stay, and that means just two things: One, if you’re wrong about me, then you ain’t got nothing to worry about because that means i’m just a poor ol’ country boy by the name of Jeff Myrtlebank. But on the other hand, if you’re right about me, then you better start treating me pretty nice because you just don’t know all the trouble i can cause you. I might wave my right hand and bring a whole grove of locusts down on your crops. Then i might wave my left hand and dry up all your wells. Then i might snap my fingers and burn a barn or two. And then some morning if i get up and i feel exceptionally ornery, i might have the hawks come down and steal your chickens. Yes, sir. You folks better start treating me and mine real nice.”

Odcinek niezwykle sympatyczny, bardzo udanie portretujący mentalność nieco zacofanej, ale też w pewnym sensie „czystej” społeczności, ceniącej sobie zarówno proste rozrywki, jak i gloryfikującej podstawowe cnoty. Pittman niezwykle zręcznie porusza się w tych obszarach, co widać przede wszystkim w żywych, ujmujących charakterystycznym sposobem wysławiania się Amerykanów z tego regionu, dialogach. Zarówno James Best, jak i cała reszta obsady, w mojej opinii, odtwarzają jak należy charaktery takich właśnie postaci a ich akcenty i zachowanie – poza kilkoma momentami, gdy miałem wrażenie, że popadają w pewną przesadę (między innymi, gdy Jeff, który kiepem przecież nie był – co finale pięknie udowadnia – zachowywał się niczym Goofy z kreskówek Disneya) – nie rażą nadmierną sztucznością.

Czarująca opowieść, która sprawiła, że zaczynam się coraz bardziej przekonywać do twórczości Pittmana. Z jednej strony jego scenariusze wydają się być prostymi historyjkami z morałem, z drugiej dostarczają sporo uciechy i w pewien szczególny sposób pokrzepiają. A tym razem scenarzysta pokusił się też na zagranie typowe dla „Strefy Mroku”, pozwalając sobie na małe mrugnięcie okiem w stronę widza. To jak? Chłopak Myrtlebanków wrócił z zaświatów z diabłem za uszami, czy nie? Naprawdę przyjemna przypowiastka.

„- How’d you do that? – Do what? – Light that match? You didn’t strike it on anything. It just lit. – Comfort, honey, first thing you’ve got to learn is not to imagine things.”

Ocena odcinka: 7/10

Reklamy
Seria 3, Odcinek 23 – The Last Rites of Jeff Myrtlebank

Jedna uwaga do wpisu “Seria 3, Odcinek 23 – The Last Rites of Jeff Myrtlebank

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s