Seria 3, Odcinek 2 – The Arrival

Seria 3, Odcinek 2 - The Arrival
Seria 3, Odcinek 2 – The Arrival

Czytając wypowiedzi Roda Serlinga z 1961, zaskakującym wydaje się fakt jego krytycznego, a jednocześnie niespotykanie – zwłaszcza w obecnych czasach, gdy grono ludzi zaangażowanych w powstawanie filmu, często wydając się być ślepymi i głuchymi na to, czym owo „dzieło” ostatecznie się okazuje, uparcie chwali i broni go przed atakami krytyki i publiczności – szczerego podejścia do jakości, jaką oferował trzeci sezon „Strefy Mroku”. Serling miał świadomość, iż przy obecnym tempie i poświęceniu z jego strony, serial zaczyna tracić na unikalności i jakości a odcinki – o czym wspomniałem w poprzednim wpisie – stworzone na podstawie jego scenariuszy noszą w sobie nikłe echo wcześniejszych epizodów. Brakowało im, niestety, głębi i przesłania – tego wszystkiego, co sprawiało, że „Strefa Mroku” była czymś więcej niż tylko telewizyjną rozrywką, jakich wiele. Wywiad udzielony 28 listopada, dla magazynu „Show Business Illustrated”, czytany po latach, przed zapoznaniem się z tym, co w istocie rzeczy oferuje trzecia seria „Strefy Mroku”, nie nastraja optymistycznie do tego sezonu. To jedna z wielu wypowiedzi z tego okresu, gdy kreator „The Twilight Zone” wydrenowany twórczo, zmęczony i – jednocześnie – pragnący się realizować na innych płaszczyznach, stanowczo dawał do zrozumienia, że w jego mniemaniu powiedział już w „Strefie Mroku” wszystko i wcale nie miałby nic przeciwko temu, gdyby trzeci sezon okazał się być ostatnim. Oczywiście ton takich, jak poniższa, wypowiedzi należy złożyć na karb przemęczenia albowiem, jak pokazał czas, Serling wiele jeszcze miał do dodania, zarówno jeśli chodzi o „Strefę Mroku”, jak i telewizję w ogóle. Sezon trzeci jednak traktował z wyraźnym dystansem i chłodną rezerwą – „Jedna trzecia z odcinków jest cholernie dobra” – wyznał reporterowi „Show Business Illustrated”. – „Pozostałe dwie trzecie, to odcinki zaledwie przyzwoite, oraz takie naprawde przeciętne, choć i tak jakościowo wybijające się powyżej tego, co oferuje większość obecnych seriali. Jednak, szczerze mówiąc, większość z nich nie jest tak dobra, jak myśleliśmy i jakimi mieliśmy nadzieję, że będą.” Niewykluczone, że wypowiadając te słowa, Serling miał na myśłi, między innymi, „The Arrival”.

Po udanym zakończeniu lotu 107 z Buffalo, obsługa naziemna lotniska z zaskoczeniem stwierdza, że przybyły samolot DC-3 jest pusty. Zniknęła cała jego załoga, pasażerowie i bagaż, jaki powinien znajdować się na jego pokładzie. Nikt nie potrafi wyjaśnić tego fenomenu, ani tego, w jaki sposób samolot wylądował, skoro najwyraźniej nikt nie siedział za jego sterami. Zaskakującym również jest fakt, że po przybyciu tajemniczego samolotu, o pasażerów nie upominają się ich bliscy.

Gdy obsługa lotniska snuje różne, mniej lub bardziej racjonalne, teorie odnośnie tego, co mogło stać za zniknięciem załogi i pasażerów feralnego lotu 107, na miejsce przybywa śledczy z ramienia Federalnej Administracji Lotnictwa, Grant Sheckly (Harold J. Stone). Sheckly jest jednym z najlepszych dochodzeniowców w swej dziedzinie, z wieloma sukcesami w swojej ponad dwudziestoletniej karierze. Do sprawy zabiera się w sposób niezywkle profesjonalny, ale zagadka „samolotu-widmo” najwyraźniej wykracza poza wszystko, z czym miał dotąd do czynienia. Jedynym tropem wydaje się jedynie to, iż nazwiska pasażerów i pilotów brzmią dla niego dziwnie znajomo.

"(...) What about the pilots, Mr. Holmes? Or is that part just elementary? Maybe they hid in the restroom? Sneaked out of the plane after i went to make the phone call?"
„(…) What about the pilots, Mr. Holmes? Or is that part just elementary? Maybe they hid in the restroom? Sneaked out of the plane after i went to make the phone call?”

Gdy wszystkie racjonalne teorie upadają, jedna po drugiej, pewien element, na który zwraca uwagę jeden z członków obsługi, przykuwa szczególnie uwagę Sheckly’ego. Mężczyzna wyznaje, że wszedłszy do samolotu czuł, jakby te wszystkie puste, niebieskie siedzenia „wpatrywały” się w niego. Śledczy z pewnym zaskoczeniem odkrywa, że on sam widział siedzenia koloru brązowego. Jeden po drugim, wszyscy członkowie ekipy lotniska, przyznają, iż każdy z nich widział inny kolor siedzeń. Podążając tym śladem, Sheckly wypytuje każdego z nich, jaki widzą numer seryjny samolotu i – ponownie – okazuje się, że każdy z nich postrzega zupełnie inny ciąg cyfr i liter.

Sheckly, całkowicie już odrzuciwszy logikę – albo posługując się w nią w sposób wyjątkowo przewrotny – stwierdza, że jest tylko jedno możliwe wyjaśnienie tego fenomenu. Otóż, tak naprawdę stojący w hangarze DC-3 nie istnieje, a wszycy obecni zostali poddani jakiejś formie zbiorowej hipnozy. Oczywiście, wyjaśnienie to spotyka się ze sporym niedowierzaniem ze strony reszty ekipy, więc Sheckly prosi o uruchomienie silnika. Kiedy wirniki pracują, śledczy stwierdza, że zamierza udowodnić swoją teorię w, bodajże, najbardziej drastyczny sposób, jaki mógłby komukolwiek przyjść do głowy, mianowicie, wkładając ręce między pracujące łopatki śmigieł.

Po pełnej napięcia chwili, okazuje się jednak, że miał rację. Samolot znika, ale oprócz niego znikają również wszyscy świadkowie tego wydarzenia. Sheckly zostaje sam w opustoszałym hangarze. Nie wiedząc, co się dzieje, udaje się do wieży kontroli lotów i zastaje tam, zdziwionych jego pojawieniem się, wcześniej poznanych, członków ekipy. Nikt z nich nie ma pojęcia, o co chodzi Sheckly’emu. Lot 107 z Buffalo przyleciał rano zgodnie z planem, z kompletem pasażerów na pokładzie. Owszem, w historii lotniska był przypadek zagnionego lotu, ale wydarzył się on około osiemnastu lat wcześniej – wówczas to feralny samolot z Buffalo zaginął w mgle, zniknął z radarów i nigdy nie dotarł do miejsca przeznaczenia. Sheckly powinien o tym pamiętać, albowiem przecież to nie kto inny, jak on prowadził wówczas, zakończone niepowodzeniem, dochodzenie. Wychodzi na jaw, że całe wydarzenie było tylko projekcją załamania nerwowego Sheckly’ego, który mamrotając pod nosemodchodzi, przemierzając tonącą w ciemności płytę lotniska.

Screenshot_2
„Hey, what’s the matter? Are we going crazy or something? We’re all seeing different numbers.”

„The Arrival” ma znakomity pierwszy akt. Od momentu pojawienia się pustego „samolotu-widmo” robi się coraz dziwniej i dziwniej a zagadki piętrzą się jedna po drugiej, budując napięcie i oczekiwania widza odnośnie satysfakcjonującego rozwiązania. Wyjątkowo rozbudowana narracja początkowa dodatkowo zaostrza apetyt, na przygotowaną skrzętnie „układankę”. Oczywiście, można było odgórnie założyć, że odpowiedzi na nurtujące pytania nie będą opierać się ani na logice i dalekie będą od racjonalnego wytłumaczenia zagadki zniknięcia pasażerów i załogi lotu 107. I jakkolwiek wydumane by nie było wyjaśnienie, to – hej! – wciąż jesteśmy w „Strefie Mroku”, więc albo kupujemy to i cieszymy się, że Rodowi Serlingowi po raz kolejny udało się nas zaskoczyć, albo nie jesteśmy fanami tego serialu.

Tymczasem stało się coś gorszego. Wyraźnie widać, że w przypadku tej historii Serling nawet nie silił się na oryginalność, czerpiąc pełnymi garściami ze w swoich wcześniejszych koncepcji, które poskładał w wyjaśnienie zagadki lotu 107 w sposób wyjątkowo mało udany i niesastysfakcjonujący. Można niemal dokładnie wskazać palcem, z którego odcinka dana – przyszyta luźno – „łata”, pochodzi. Główny pomysł na rozwiązanie zagadki został przeniesiony z epizodu A World of Difference – tam główny bohater, wskutek załamania nerwowego i przemęczenia podświadomie tworzy równoległy świat, tutaj Sheckly w podobny sposób kreuje wyimaginowaną „sprawę” do rozwiązania, która jest lustrzanym odbiciem zagadki, której nie rozwiązał osiemnaście lat wcześniej. Oczywiście, wypada wspomnieć o echach epizodów takich, jak The Odyssey of Flight 33, czy choćby, o posiadającym porażająco podobny plot, King Nine Will Not Return, z zaskakująco zbliżonym finałem.

Jakkolwiek, pierwsza połowa odcinka z pełną napięcia kulminacją w momencie, kiedy Sheckly zbliża rękę do wirujących łopatek jest spektaklem całkiem udanym. Umiejętnie budowana atmosfera tej części i bardzo dobre aktorstwo Harolda J. Stone’a i reszty ekipy, jednak nie pomogły zbytnio w dość chłodnym, jeśli nie negatywnym, odbiorze tego odcinka. Recenzja z 27 września 1961, zamieszczona w tygodniku „Variety” nie pozostawiła suchej nitki na „The Arrival”. „Zakończenie okazało się płytkie, przekombinowane i zupełnie nieprzystające do utalentowanego dramatopisarza, jakim dowiódł że jest Rod Serling”.  Tym razem, z bólem serca, trudno nie zgodzić się z recenzentem – „The Arrival” jest w ogólnym rozrachunku podzwonnym lepszych odcinków „Strefy Mroku” a scenariusz pozostaje daleko w tyle za najlepszymi skryptami Roda Serlinga.

"I'm going to prove to you that you're wrong, or i'm going to prove to you that i'm wrong. And if i happen to be wrong, i also happen to be dead."
„I’m going to prove to you that you’re wrong, or i’m going to prove to you that i’m wrong. And if i happen to be wrong, i also happen to be dead.”

Ocena odcinka: 5/10

Reklamy
Seria 3, Odcinek 2 – The Arrival

Jedna uwaga do wpisu “Seria 3, Odcinek 2 – The Arrival

  1. Rzeczywiście powtarza się twórca serial, ale ja tak źle bym nie oceniał odcinka. W sumie nawet podobał mi się i trzymał w napięciu. Choć nie wiem czy pomysł ze sprawdzeniem teorii nie jest zbyt drastyczny? Nie można było wymyślić czegoś innego by sprawdzić czy samolot istnieje? No i jakoś ciężko mi uwierzyć że z taką łatwością ktokolwiek by ryzykował stratę ręki, nawet jak wierzy się w teorię o zbiorowej hipnozie. Jak dla mnie odcinek na 6/10.

    Polubienie

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s