Seria 2, Odcinek 27 – The Mind and the Matter

"...a little man who yearns for the serenity of a world without people and as it happens he gets his wish: to walk an uninhabited Earth and face the consequences."
„…a little man who yearns for the serenity of a world without people and as it happens he gets his wish: to walk an uninhabited Earth and face the consequences.”

W wyemitowanym na kilka lat przed premierą „Strefy Mroku” epizodzie, wchodzącym w skład antologii telewizyjnej Studio One, zatytułownym „The Man Who Caught the Ball at Coogan’s Bluff„, do którego scenariusz napisał – oczywiście – Rod Serling, poznajemy George’a Abernathy’ego, żałosnego człowieczka, żyjącego pod pantoflem gardzącej nim żony. Abernathy wiedzie swój nieciekawy żywot, dzieląc czas między pracę na nie dającej satysfakcji rządowej posadzie i nie obfitującą w rozrywki egzystencję. Do momentu, gdy któregoś dnia, obserwując mecz baseballa, przypadkiem łapie piłkę odbitą w kierunku trybun. George na kilka chwil staje się bożyszczem tłumu i, co za tym idzie, nabiera większej pewności siebie i ochoty na zmiany w swoim życiu. Zaczyna od zabrania żony na wystawną kolację i tańce, zaczyna ubierać się w bardziej krzykliwy sposób niż dotychczas, a jego wypowiedzi są elokwentne i skrzą się od humoru. Niestety, jego żona niezupełnie wierzy w tą przemianę i zdaje się jej nie akceptować. Między małżonkami dochodzi do kłótni, po której George opuszcza mieszkanie. Szybko nachodzi go refleksja, że tak naprawdę nie ma sensu się zmieniać, i że najlepszym rozwiązaniem będzie powrót do niszy, w której tkwił. Wraca do poprzedniego status quo, do stanu w którym, paradoksalnie, było mu najlepiej – rutyna i nuda, po tym drobnym zawirowaniu w jego życiu, nabierają dlań zupełnie innego, paradoksalnie, pozytywnego posmaku. Bohater odcinka „The Mind and the Matter”, Archibald Beechcroft przechodzi podobną drogę. Rzecz jasna, ton jego przygodzie nadaje element nadprzyrodzony, ale meritum obu epizodów wydaje się być identyczne. Zanim jednak zaczniemy zagłębiać się w historię Archibalda Beechcrofta, trzeba powiedzieć jasno – tak, to kolejny epizod komediowy autorstwa Roda Serlinga. I – tak! – to jeden ze słabszych skryptów popełnionych przez twórcę „Strefy Mroku”. Przyjmując ten fakt z całym „dobrodziejstwem” inwentarza, możemy przejść do dalszej części opowieści.

Archibald Beechcroft (w tej roli komik Shelley Berman) jest zmęczony światem, zaludnionym przez masy, których – w opini Archibalda – jedynym celem życiowym jest utrudnianie mu życia. Ludzie irytują go w drodze do pracy, kiedy musi stać ściśnięty niczym sardynka w puszcze, w kolejce metra. Ludzie drażnią go w miejscu, gdzie pracuje, w windzie, w biurze – zagłuszając jego myśli nieustaną, zlewającą się w uciążliwy szmer, paplaniną. Beechcroft nienawidzi ludzi i marzy o tym, aby wszyscy – poza nim samym, rzecz jasna – zniknęli z powierzchni Ziemi. 

Młody „kolega” z pracy, podczas lunchu oferuje – w ramach przeprosin za incydent z kawą wylaną na garnitur Archibalda, który przydarzył się tego poranka – książkę, która może zmienić życie. Chłopak opowiada niesamowitą historię jednego ze swoich przyjaciół, który po lekturze książki „Rozum i materia – Jak osiągnąć nieograniczoną zdolność koncentracji” nabył zdolności telepatycznych, za pomocą których nakłonił młodą kobietę do zakupu szala o konkretnym kolorze. Archibald nie wierzy w tego typu dyrdymały, ale chcąc pozbyć się natręta przyjmuje książkę i mimochodem zaczyna ją czytać.

Lektura okazuje się nad wyraz wciągająca. Beechcroft czyta ją w metrze i kończy po przybyciu do domu. Jest pod ogromnym wrażeniem rewelacji tam zawartych i z uznaniem przyznaje rację autorowi książki – zdolność do koncentracji może dać człowiekowi nieograniczone możliwości. Archibald dość szybko (i zaskakująco łatwo) wykorzystuje nabytą wiedzę, doprowadzając do – dosłownego – rozpłynięcia się w powietrzu gospodyni, która przyszła upomnieć się o zaległy czynsz. Ten akt nowo nabytej mocy inspiruje go do kolejnego pomysłu – wymazania wszystkich pozostałych mieszkańców planety.

Swój plan wciela w czyn już kolejnego dnia, w drodze do pracy. Od teraz ma metro tylko dla siebie, może więc bez problemu podróżować w ciszy i spokoju. Podobnie jest w miejscu pracy. Archibald wykonuje codzienne czynności, nie niepokojony przez nikogo, ale dość szybko zaczyna dręczyć go powodujące dyskomfort uczucie znudzenia. Jego lęki objawiają się w postaci „drugiego ja”, alter-ego pojawiającego się odbiciach, insynuującego, iż brak innych ludzi jest dla Beechcrofta o wiele bardziej dokuczliwym, niż ich permanentna obecność.

Okazuje się, że Archibald może wykorzystywać swoje „moce” na inne sposoby i aby zapobiec nudzie, wywołuje krótkie trzęsienie ziemi i burzę z błyskawicami. Te i inne akty swawoli nie dają mu jednak spodziewanej satysfakcji. Brak ludzi staje się coraz bardziej odczuwalny. Beechcroft wpada więc na pomysł, by ponownie zaludnić świat, ale z jedną drobną różnicą – sprawia, że wszyscy mieszkańcy planety stają się… Archibaldem Beechcroftem. Z kim bowiem będzie mu lepiej, niż z nim samym? I tak, sprzedawca gazet to Archibald, który w charakterystycznym dla Beechcrofta złośliwym stylu, komentuje jego próbę „przywłaszczenia” czasopisma. W windzie, ściśnięci niczym śledzie, jadą sami Archibaldowie Beechcroftowie. Ba, nawet pewna dama, której nasz bohater nieopatrznie następuje na stopę, nosi wątpliwej urody fizjonomię Archibalda Beechcrofta.

Biuro pełne jest róznych wersji Archibalda, których łączną cechą jest narzekanie na wszystkich pozostałych. Każdy z nich zrzędzi i marudzi. I – widząc, jak kiepskim pomysłem było zaludnienienie świata Beechcroftami, oraz jak, w istocie rzeczy, trudnym do współżycia człowiekiem jest on sam – Archibald „prime” stwierdza „Wielu mnie jest równie fatalne, jak wielu ich”, poczym używając swych zdolności, przywraca poprzedni stan rzeczy. Co ciekawe, cała histora odmienia też samego Archibalda, który od tej chwili staje się dużo bardziej wyrozumiałym i przyjemnym gościem, niż był wcześniej.

"Will you please get off my foot you ugly little man!"
„Will you please get off my foot you ugly little man!”

Odcinek ów uznawany jest przez wielu fanów za jeden z najgorszych, najmniej zręcznie – czy nawet noszący znamiona napisanego w pośpiechu, stworzonego do roli „wypełniacza” – nakreślonego epizodu „Strefy Mroku”. Osobiście nie będę ukrywał – i nie ukrywałem do tej pory – że nie jestem wielkim fanem komediowych odcinków „Strefy Mroku”, zwłaszcza tych pisanych przez Roda Serlinga. W warstwie scenariuszowej „The Mind and the Matter” nie stanowi pod tym względem wyjątku, jakkolwiek muszę przyznać, że występ Shelleya Bermana dostarczył mi sporo rozrywki i głównie z jego powodu nie mogę całkowicie skreślić tego odcinka.

Shelley Berman, którego w roli Archibalda Beechcrofta, Rod Serling wyobrażał sobie już na etapie tworzenia scenariusza wnosi w tą rolę sporo uroku, charakterystycznego dla postaci, które lubimy za to, że są grubiańskimi tetrykami. Jakkolwiek dziwnie to nie zabrzmi, ale zawsze lubiłem takich bohaterów, których wieczne malkonetnctwo niosło w sobie spory potencjał komediowy i postać Beechcrofta w interpetacji Bermana ma w sobie to coś, co ogromnie bawiło w większości występów Waltera Matthau, ze wskazaniem na „Grumpy Old Men” („Dwaj zgryźliwi tetrycy”).

Występ Bermana, który – wnioskując z komentarza do odcinka, znajdującego się na wydaniu Blu-ray – w prywatnym życiu jest prawdziwym „zgryźliwym tetrykiem”, zapewnia sporo rozrywki, jakkolwiek pod wieloma innymi względami epizod ten pozostaje daleko w tyle, nawet za innymi komediowymi odcinkami „Strefy Mroku”. Fabuła to istny festiwal recyklingu wcześniejszych, lepiej wykorzystanych pomysłów – jak choćby rozmowa z odbiciem lustrzanym, która tak świetnie sprawdziła się w przypadku Nervous Man in a Four Dollar Room” – i wymagających sporego zawieszenia niewiary konceptów. A na domiar złego, w scenach zbiorowych wypełnionych zmultiplikowanym Beechcroftem, znakomity skądinąd, spec od efektów praktycznych, William Turtle wykorzystał maski, które… cóż, nie do końca wyglądają, jak twarz Bermana i – nie sądzę, że tylko współcześnie – wręcz porażają sztucznością. Jest to jeden z najgorszych efektów specjalnych, które mogą wybić z błogiego przeświadczenia, iż oryginalna „Strefa Mroku” – „wcale się nie zestarzała”. Na szczęście, tego typu przypadków jest niewiele, a jeśli – podobnie, jak ja – będziecie potrzebowali „odtrutki” po tej sekwencji, rzućcie raz jeszcze okiem na znakomity make’up z odcinka Eye of the Beholder.

"Without a doubt. A lot of me is just as bad as a lot of them."
„Without a doubt. A lot of me is just as bad as a lot of them.”

Ocena odcinka: 5/10

Advertisements
Seria 2, Odcinek 27 – The Mind and the Matter

Jedna uwaga do wpisu “Seria 2, Odcinek 27 – The Mind and the Matter

  1. Nie oglądało mi się tak źle odcinek bardzo jak inne komediowe początkowo przez właśnie dobrą rolę Shelley Berman’a, ale czym dłużej odcinek trwał to gość mnie coraz bardziej irytował. Wiem że tak miało być, ale zaczęło mi to w oglądaniu odcinka coraz bardziej przeszkadzać, a jak jeszcze w końcówce pojawiło się wielu Bermanów miałem dość. Chociaż też lubię komedie z wymienionym przez Ciebie Matthau, zwłaszcza jak grał z innym świetnym aktorem jak Jack Lemmon. Oceniam na 5/10.

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s