Seria 2, Odcinek 15 – The Invaders

"This is one of the out-of-the-way places. Until now, one of the unvisited places in our solar system - the planet Mars. Bleak. Wasted. Dying. But not quite dead yet." - pierwotna wersja narracji otwierającej odcinek "The Invaders" już na wstępie zdradzała to, co w wersji finalnej okazało się zaskakującym zwrotem akcji.
„This is one of the out-of-the-way places. Until now, one of the unvisited places in our solar system – the planet Mars. Bleak. Wasted. Dying. But not quite dead yet.” – pierwotna wersja narracji otwierającej odcinek „The Invaders” już na wstępie zdradzała to, co w wersji finalnej okazało się zaskakującym zwrotem akcji.

Richard Matheson, jako scenarzysta. Reżyseria Douglasa Heyesa. Ścieżka skomponowana w całości przez Jerry’ego Goldsmitha. Każdemu, kto do tej pory śledził dokonania tej trójki artystów w „Strefie Mroku”, nie potrzeba chyba lepszej rekomendacji? Jakkolwiek, tym razem, zespół złożony z – nie bójmy się tego określenia – geniuszów których dokonania zapisały się złotymi literami w historii telewizji, zasiliła biorąc na siebie cały aktorski ciężar, wybitna artystka, uczennica króla mimów, Marcela Marceau, Agnes Moorehead. Efektem pracy jest „The Invaders” – odcinek zaliczany do ścisłej czołowki najlepszych epizodów „Strefy Mroku”. Czy oglądany współcześnie nadal potrafi wstrząsnąć i przestraszyć? Czy podobnie, jak dzieciaki z cudownych lat sześćdziesiątych będziecie mieli problemy z zaśnięciem po jego obejrzeniu? Cóż, pora byśmy się o tym przekonali.

Mieszkająca samotnie na odizolowanej farmie starsza kobieta wiedzie swój prosty żywot, zmagając się z troskami i trudami codziennej egzystencji. Pewnego wieczoru słyszy przenikliwy, doprowadzający do bólu, dźwięk a po nim rumor, dobiegający znad jej domu. Okazuje się, że na dachu wylądował właśnie miniaturowy pojazd kosmiczny, z którego po chwili wychodzi dziwny, przypominający robota, przybysz. Oczywiście, pojęcia takie, jak „pojazd kosmiczny”, czy „robot” są obce poczciwinie. Dlatego, nie zwlekając przechodzi do ataku – zrzuca intruza z dachu i ucieka z powrotem do domu.

Okazuje się jednak, że dziwny mały potwór nie przybył sam. Kobieta musi się więc zmierzyć z prawdziwą inwazją a ataki maleńkich najeźdźców przybierają na intensywności. Wyposażeni w małe, prawdopodobnie promieniotwórcze, pistoleciki, atakują kobietę w każdej możliwej strony – wszystkie niedomknięte okna, tonące w cieniu zakamarki iszpary w drzwiach kryją w sobie potencjalne zagrożenie. Kobiecina jednak, coraz bardziej zaszczyta, również nie bierze jeńców, odzwajemiając się przybyszom pięknym za nadobne. Kiedy ci, używając jej kuchennych noży, tną kobietę po nogach i rękach, ona omotuje jednego z nich kocem i zabija uderzając nim o stół.

Konieta jest już u kresu sił fizycznych i psychicznych, kiedy najeźdźcy – prawdopodobnie – próbują opuścić niegościnne domostwo. Ich ofiara wraca jednak na dach i w ataku zwierzęcego wręcz szału niszczy statek kosmiczny, z którego – po raz pierwszy w całym epizodzie – padają słowa „…oto nasz ostatni przekaz! Nie przylatujcie tu! To planeta zamieszkana przez potworne giganty…”. Następnie, gdybyśmy mieli jeszcze jakiekolwiek wątliwości, dostrzegamy napis na „burcie” statku – „Siły Powietrzne Stanów Zjednocznonych – Sonda Kosmiczna Numer 1”.

"This is the woman who lives in the house, a woman who's been alone for many years, a strong, simple woman whose only problem up until this moment has been that of acquiring enough food to eat..."
„This is the woman who lives in the house, a woman who’s been alone for many years, a strong, simple woman whose only problem up until this moment has been that of acquiring enough food to eat…”

„The Invaders” jest epizodem, który ociera się o geniusz. Być może to perspektywa lat, które minęły od czasu jego powstania, wpływa na to, że elementy, takie jak wygląd kosmicznych najeźdźców a.k.a bohaterskich amerykańskich pionierów kosmosu, czy – po raz kolejny i nie ostatni – wypożyczony z planu „Zakazanej Planety” latający talerz, wpływają w sposób ujemny na współczesny odbiór tego odcinka. Oglądając go kilkukrotnie, cały czas miałem w głowie własną wersję „The Invaders”, z której wszystkie sceny z kosmicznymi pacynkami zostałby wycięte. W filmie, w którym w sposób tak perfekcyjny operuje się światłem i cieniem, wykorzystanie efektów na nich bazujących – przemykający, dostrzegany kątem oka cień, rozmazane sylwetki w tle, i tym podobne – wypadłoby zdecydowanie lepiej. Tymczasem postaci – stworzone i animowane przez samego Douglasa Heyesa – dziś wyglądają niezwykle sztucznie i niezamierzenie zabawnie.

Podobnego zdania był sam Richard Matheson, któremu – wbrew opiniom fanów, którzy darzą „The Invaders” bezgranicznym uwielbieniem – efekt końcowy adaptacji jego skryptu nie przypadł do gustu. Oprócz nieumyślnie zabawnych postaci, które pisarz uznał, za „…tak samo przerażające, jak Królik Piotruś”, Matheson krytykował zbyt wolne tempo akcji, zwłaszcza w pierwszym akcie, który uważał, że pownien być skrócony, co najmniej o jedną trzecią. Trudno mi się zgodzić z drugim z zarzutów autora, bowiem ten nieśpieszny wstęp i zarówno wolno, ale sukcesywnie wzrastające napięcie, ma swój niepowtarzalny klimat a całość akcji śledzi się z dużą przyjemnością, bez cienia znudzenia.

Chociaż wielkie – olbrzymie! – brawa należą się zarówno reżyserii Heyesa, jak i szefa operatorów – wyczyniających wręcz ekwilibrystyczne sztuczki, próbując oddać specyfikę często zmieniającego się oświetlenia – George’a T. Clemensa, oraz – po prostu wybitnej – ścieżce dźwiękowej Jerry’ego Goldsmitha (która w zasadzie opowiada historię sama w sobie), to występ Agnes Moorehead będzie tym, co najdłużej utkwi Wam w pamięci po seansie „The Invaders”. Niektórzy mogą znajdować jej popis aktorski nieco przeszarżowanym i wiem, że będą i tacy, których jej ekspresja – zwłaszcza wokalna, opierająca się na stęknięciach, jękach, wrzaskach i piskach (swoją drogą – nie oglądajcie „The Invaders” zbyt głośno, bo sąsiedzi gotowi pomyśleć, że gustujecie w innego rodzaju kinie…) – będzie irytować. 

W interpetacji tej postaci przez Agnes Moorehead nie ma nic nienaturalnego. Znakomita aktorka obrała sobie za cel przedstawienia jej jako osoby prostej, wręcz prymitywnej i może nawet nieco opóźnionej. Drugą warstwą, która składa się na obraz bohaterki wykreowany przez panią Moorehead, jest wynikająca z jej odosobnienia i zaszczucia, nieco zwięrzęca natura, co widać dokładnie w reakcjach kobiety i sposobie, w jaki toczy bój z „małymi diabłami”. Oczywiście, trzeba brać pod uwagę fakt, że i tak największy wpływ na występ aktorki miało jej pantomimiczne wykształcenie – gdzie indziej, jak w filmie, w którym z ust protagonistki nie pada ani jedno słowo, takie zdobyte w szkole mimów szlify, przydałyby się lepiej?

Czy „The Invaders” sprostało próbie czasu? I tak i nie. Pozbawiony dosłowności w postaci dyndających na „niewidzialnych” nitkach kosmicznych pojazdów i przypominających zabawki śmiesznych ludzików, znakomicie sprawdza się, jako klimatyczny horror. Przyznam, że w żadnen z dotychczasowych odcinków, czy to przez swą dosłowność, czy pod kątem niedostatków scenografii, nie wzbudził we mnie takiego dysonansu, jak niniejszy epizod. Oglądałem go już kilkukrotnie i wydaje mi się, że jedynym sposobem, bym mógł mu dać ocenę, na jaką w opinii fanów zasługuje, będzie – podczas kolejnych seansów – przymykanie oczu w scenach, kiedy na ekranie pojawiać się będą morderczy Pi i Sigma.

"These are the invaders: the tiny beings from the tiny place called Earth, who would take the giant step across the sky to the question marks that sparkle and beckon from the vastness of the universe only to be imagined..."
„These are the invaders: the tiny beings from the tiny place called Earth, who would take the giant step across the sky to the question marks that sparkle and beckon from the vastness of the universe only to be imagined…”

Ocena odcinka: 8/10

Reklamy
Seria 2, Odcinek 15 – The Invaders

Jedna uwaga do wpisu “Seria 2, Odcinek 15 – The Invaders

  1. Ten odcinek ma wszystko co powinien mieć epizod, który mi się powinien spodobać czyli forma eksperymentu, a ja uwielbiam większość eksperymentów (praktycznie pozbawiony dialogów) oraz fabuła wokół ataku obcych czyli jeden z moich ulubionych motywów w filmie tylko że jakoś nie kupuję tego.

    Cały czas miałem w głowie myśl jak takie małe ludki (tak na marginesie kojarzyły mi się z takim klasykiem horroru jak Puppet Master) dają radę kobiecie, że ona ma aż takie problemy by ich załatwić. No i prawda, że widząc ufoków chciało mi się śmiać, w ogóle nie budziły grozy.

    Tak samo prawda, że aktorka irytowała mnie swoją grą o czym wspomniałeś w recenzji, że tak mogą co niektórzy odebrać i ja tak właśnie odebrałem – wkurzała mnie tym charczeniem, jęczeniem, dla mnie przeszarżowała trochę rolę.

    Co do muzyki że Goldsmith’a soundtrack super to wiadomo, bo facet był mistrzem (tak w ogóle to jeden z moich ulubionych kompozytorów).

    Nie zdziwiło mnie wcale jak wspomniałeś, że wśród najlepszych jest wymieniany odcinek i źle nie ogląda się, ale jakoś nie potrafię ocenić epizod na więcej jak porządną robotę.

    Kolejny problem jaki mam z odcinkiem to paradoksalnie twist, który mi się bardzo podobał (i zaskoczył mnie całkowicie), ale jak ocenić pozostałe 20 minut. The Invaders twistem stoi – trochę jak w filmach np. Podejrzani Singera czy filmach Shyamalana. Ciężko jednoznacznie ocenić mi, bo ten odcinek ma wszystko co powinno mi się podobać a tylko porządna robota z rewelacyjną puentą.
    Ocena: 6.5/10 (to pół punktu za ostatnie sekundy).

    Polubione przez 1 osoba

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s