Seria 2, Odcinek 11 – The Night of the Meek

Screenshot_4
„Oto mądra rada, dla wszystkich dziatek dwudziestego wieku – młodych i starych, raczkujących i noszących pieluchy, oraz kuśtykających o lasce, czeszących grzebieniem swe długie brody. Pamiętajcie, że w Świętach Bożego Narodzenia kryje się wielka magia, tajemnicza moc przeznaczona dla wszystkich maluczkich. Mówiąc wprost, nie ma większej siły na świecie, niż prostota serca i pokora ducha.”

Rod Serling nie mógł sprawić swoim widzom lepszego prezentu gwiazdkowego, niż wyemitowany dokładnie w przeddzień Wigilii, Roku Pańskiego 1960, „The Night of the Meek”. Tworząc skrypt, Serling pełnymi garściami z, klasycznego już wówczas, „Miracle on 34th Street”, wplatając jednak weń tyle elementów charakterystycznych dla „Strefy Mroku”, że trudno mu mieć za złe, tak oczywiste nawiązanie do Gwiazdkowego przeboju z roku 1947 . Opowieść tej kategorii rządzi się swoimi prawami, i często trudno jest uciec od pewnych dość uniwersalnych rozwiązań, które mimo swej prostoty, potrafią mocno chwycić za serce i pchnąć ku refleksji. Oczywiście, swoista życzliwość względem pewnego typu bohatera, wariacje na temat którego Serling niejednokrotnie wykorzystywał we wcześniejszych epizodach „Strefy Mroku” – Corwin to, bez dwóch zdań, bratnia dusza Crowna z „A Passage for Trumpet” –  nadawała „The Night of the Meek” swego rodzaju wyjątkowości, która mogła szokować – i szokowała – co bardziej purytańskich widzów w 1960 roku. Pijany w sztok Święty Mikołaj? Tego wcześniej w nie widziano w telewizji. Na szczęście, listy oburzonych tym faktem telewidzów, utonęły w powodzi pozytywnej krytyki i morzu pochwał. Przypadek pewnego gimnazjum z New Jersey, które w roku 1964 zastąpiło tradycyjnie wystawianą w grudniu „Opowieść Wigilijną”, adaptacją „The Night of the Meek”, znakomicie ilustruje, jak wielki wydźwięk miała, cóż, wigilijna opowieść Roda Serlinga.

Nasza opowieść zaczyna się pewnego mroźnego, wigilijnego wieczoru. Zazwyczaj bezrobotny Henry Corwin (Art Carney), jak co roku, wciela się w rolę Świętego Mikołaja w miejscowym domu towarowym. W przerwie od pracy, w pobliskim barze u Bruce’a, zalewa alkoholem, trawiący go smutek.  Źródłem chandry, jest fakt, że w skomercjalizowanym Święcie Bożego Narodzenia, nikt tak naprawdę nie wierzy w to, co jest naprawdę ważne – nikt nie martwi się losem maluczkich, biednych i samotnych. Duch świąt uleciał, pozostała tylko chłodna kalkulacja zysków ze sprzedaży świątecznych zabawek i bibelotów, oraz pławienie się w, nie mającym nic wspólnego z ideą Bożego Narodzenia, samozadowoleniu.

Kiedy Corwin, chwiejąc się i przewracając, wraca do domu towarowego, jego szef, Pan Dundee (John Fiedler) wyrzuca go z pracy. Gdy zdruzgotany Henry włóczy się zaśnieżonymi ulicami, raz po raz słyszy dobiegające, jakby z oddali, dźwięki dzwonków. Chwilę później odkrywa, że zrzucony przez ulicznego kota worek z pustymi puszkami, tajemniczym zrządzeniem losu, nagle wypełnia się świątecznymi prezentami. W Corwina, mimo upojenia, wstępuje nagle wigor – mężczyzna pędzi co sił do przytułku dla bezdomnych i obdarowuje tam wszystkich, czym tylko zapragną. Prowadząca przytulisko, siostra Florence (Meg Wyllie), żywiąc podejrzenia, iż prezenty w rzeczywistości zostały zdobyte przez Henry’ego w nielegalny sposób, wzywa policjanta, oficera Flaherty’ego (Robert P. Lieb) a ten aresztuje, niemogącego udowodnić, iż „fanty” nie pochodzą z kradzieży, Corwina. 

Wezwany na posterunek Dundee jest przekonany, że zawartość worka, to w istocie towar, wyprowadzony ukradkiem, z jego sklepu. Kiedy, złorzecząc i grożąc, sięga do worka, nie znajduje w nim nic poza pustymi puszkami i… kotem, wyglądającym na nie mniej zaskoczonego, niż Flaherty i Dundee. W tej sytuacji nie pozostaje nic innego, jak wypuścić Corwina, który przed odejściem obdarowuje swego byłego, osłupiałego, szefa butelką brandy, rocznik 1903. Dundeemu nie pozostaje nic innego, po raz pierwszy, ale nie ostatni, zaakceptować fakt, że są rzeczy na świecie, które się menadżerom domów towarowych nie śniły i popkrzepić się kieliszeczkiem zacnego trunku.

Corwin, tymczasem, obdarowuje zabawkami okoliczną dzieciarnię a kiedy worek wreszcie robi się pusty, zmęczony, ale szczęśliwy siada na schodach, prowadzących do przytuliska. Wychodzący z niego,  wcześniej chojnie obdarowany przez Henry’ego nową fajką i kurtką, starszy mężczyzna, zauważa, że obsypawszy podarunkami wszystkich wokół, Corwin sam nie otrzymał żadnego prezentu. Ów stwierdza, że to nieprawda, bowiem tego roku, tej Gwiazdki, otrzymał najwspanialszy prezent, jaki mógł sobie tylko wymarzyć. Jego wiara została przywrócona – on sam, tego wieczoru, stał się dobrym duchem Świąt. Okazuje się, że nie tylko tych Świąt, ale i wszystkich kolejnych – oto w tym samym zaułku, w którym wcześniej znalazł sakwę pełną prezentów, odkrywa sanie zaprzężone w renifery, oraz małego elfa, który zwraca się doń per Święty Mikołaju. Corwin, a właściwie świeżo upieczony Św. Mikołaj chwyta lejce i sanie wzbijają się w niebo. Chwilę później zdrowie psychiczne panów Flaherty’ego i Dundeego zostaje znowu narażone na szwank przez widok zaprzęgu reniferów przelatującego tuż nad ich głowami. Na szczęście zostało jeszcze trochę trunku w butelce…

"I just wish, mr. Dundee, on one Christmas - only one - that i could see some of the hopeless ones and the dreamless ones just on one christmas i'd like to see the meek inherit the earth. And that's why i drink, mr. Dundee and that's why i weep."
„I just wish, mr. Dundee, on one Christmas – only one – that i could see some of the hopeless ones and the dreamless ones just on one Christmas i’d like to see the meek inherit the earth. And that’s why i drink, mr. Dundee and that’s why i weep.”

Znakomity, doskonale wyważony odcinek. Melancholia i smutek, mieszają się tutaj z pełnymi humoru – co tym razem wyszło Serlingowi rewelacyjnie – sekwencjami i przepełnionymi ciepłem, pokrzepiającymi dialogami. Spory aplauz należy się Artowi Carney’owi, za jego pierwszorzędną kreację. Aktor wnosi do roli sporo niezbędnej dobrotliwości i jowialności, wzbudzając jednocześnie współczucie i empatię. Mimo faktu, że jest pijakiem, w pewnym sensie osobą z marginesu, to przez większość czasu ekranowego, właśnie on jest najbardziej pozytywnym bohaterem zaprezentowanym w tej galerii postaci (nie licząc oczywiście, pojawiających się w rekordowej, jak na „Strefę Mroku” liczbie, milusińskich). Jakkolwiek, cała obsada dalszego planu wypada tu równie wyśmienicie – oprócz Lieba, w roli surowego, acz mającego serce po właściwej stronie, oficera Flaherty’ego i Fiedlera, czyli Dandeego, bardzo wiarygodnego w swej iście „Scrooge’owskiej”, metamorfozie, podziwiać możemy na ekranie masę aktorów charekterystycznych, w krótkich, ale zapadających w pamięć rolach (fenomenalny Burt Mustin).

Opowiadając o „The Lateness of the Hour” – pierwszym, z sześciu zarejestrowanych na czarno-białej taśmie wideo, odcinków „Strefy Mroku” – mocno krytykowałem jego aspekty produkcyjne. W nagranym tą samą metodą „The Night of the Meek” wady, wynikające z tego sposobu realizacji, giną w cieniu przepychu inscenizacyjnego, opierającego się głównie na bardziej telewizyjnym montażu, wielkiej ilości rekwizytów, jak i – dosłownie – tłumów aktorów, zaludniajych większość kadrów. Jeśli komukolwiek – tak, jak mi (i samemu twórcy „Strefy Mroku”) – przeszkadzała swoista „teatralność” w „The Lateness of the Hour”, w przypadku niniejszego epizodu nie powinien czuć się rozczarowany. Jakość historii, gra aktorska i bogaty w detale plan zdjęciowy, który – w co wręcz trudno uwierzyć – został w całości zbudowany we wnętrzu jednego z obiektów MGM, pozwolą się Wam w pełni cieszyć tym znakomitym epizodem, bez zwracania uwagi na stan zachowanego materiału. Całości dopełnia znakomicie dobrana i zaaranżowana oprawa muzyczna, opierająca się w znacznej mierze o tradycyjne, bożonarodzeniowe szlagiery.

„The Night of the Meek” to idealny odcinek świąteczny. Zapomniana perła, która powinna być emitowana, obok największych hitów, w Gwiazdkowe wieczory. Nieszczególnie oryginalna? Cóż z tego, skoro świetnie spełnia swoją rolę – „The Night of the Meek” przypomina nam o prawdziwej idei stojącej za Świętami Bożego Narodzenia, wrusza i bawi, dodając otuchy i – choćby tylko na kilka chwil – przywracając wiarę w istnienie dobra, skrywanego czasem w głębi serca i czekającego na odpowiedni moment, by dać o sobie znać. Raz jeszcze – znakomita rola Arta Carney’a, to coś, co zapada w pamięć na długo. Jego mimika, sugestywne odgrywanie targających nim uczuć, czy nawet sposób, w jaki „udaje” pijanego, to absolutny majstersztyk. Nie mogę sobie wyobrazić nikogo lepszego w tej roli i, prawdę rzekłszy, jest to w tej chwili mój ulubiony, filmowy Święty Mikołaj (obok Billy’ego Boba Thorntona, z „Bad Santa” – postaci, bez cienia wątpliwości, wzorowanej na bohaterze „The Night of the Meek”).

Screenshot_2
You know, i i can’t think of anything i want. I guess what i’ve really wanted is to be the biggest gift giver of all times and in a way i think i had that tonight. Although, if i had my choice of any gift… Any gift at all… I think i’d wish i could do this every year. That’d be some gift wouldn’t it, Burt?”

Ocena odcinka: 9/10

Advertisements
Seria 2, Odcinek 11 – The Night of the Meek

Jedna uwaga do wpisu “Seria 2, Odcinek 11 – The Night of the Meek

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Log Out / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Log Out / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Log Out / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Log Out / Zmień )

Connecting to %s