Seria 2, Odcinek 9 – The Trouble with Templeton

"Pozwólcie sobie przedstawić, pana Bootha Templetona, szanowanego i wybitnego gwiazdora ponad trzydziestu broadwayowskich spektakli, który dziś nie czuje się najlepiej. Tęstkni za dawnymi latami, okresem, który czule pielęgnuje w swojej pamięci. Nim spełnią się jego marzenia o powrocie do minionych czasów, umykając przed troskami mijających lat, które spadają nań niczym lawina, Booth Templeton zaliczy debiut na zupełnie nowej scenie w innej rzeczywistości - w świecie, który nazywamy Strefą Mroku."
„Pozwólcie sobie przedstawić pana Bootha Templetona. Szanowanego i wybitnego gwiazdora ponad trzydziestu broadwayowskich spektakli, który dziś nie czuje się najlepiej. Tęskni za dawnymi latami, okresem, który czule pielęgnuje w swojej pamięci. Nim spełnią się jego marzenia o powrocie do minionych czasów, umykając przed troskami mijających lat, które uderzają weń niczym lawina, Booth Templeton zaliczy debiut na zupełnie nowej scenie w innej rzeczywistości – w świecie, który nazywamy Strefą Mroku.”

„I to powiedzieć pragnę jeszcze, że większe zwykle czuję dreszcze, gdy przeszłe chwile w myślach pieszczę…”. Po seansie „The Trouble with Templeton”, słowa znajomego wierszoklety wydały mi się najbardziej adekwatnym mottem i skróconym komentarzem do niniejszego odcinka. I chociaż autorem scenarisza nie jest tym razem Rod Serling, to epizod ten stanowi idealne dopełnienie sentymentalno-nostalgicznego tryptyku, na który oprócz „The Trouble with Templeton” składają się wcześniejsze „Walking Distance” i „A Stop at Willoughby” – przy czym dodać trzeba, że finałowe przesłanie bliższe jest temu z subtelnego zakończenia historii Martina Sloana, niż przewrotnego epilogu z „A Stop at Willoughby”. Jak pokazuje scenarzysta, E. Jack Neuman, drastyczne twisty nie są niezbędne, by historia zapadła w pamięć widza i zmusiła go do refleksji –  skrypt tak dobry, jak w przypadku „The Trouble with Templeton”, broni się bez temu podobnych sztuczek.

Booth Templeton (Brian Aherne) wybitny aktor w słusznym wieku, który w swej karierze wystąpił w ponad trzydziestu sztukach na Broadwayu, czuje się nieco zmęczony życiem. Z rozrzewnieniem i tęsknotą wspomina wcześniejsze lata, kiedy w kwiecie wieku cieszył się największą popularnością. Teraz, żyjąc w wielkiej posiadłości, z młodą małżonką, która nawet nie próbuje kryć romansów z młodymi gachami, goszczącymi u Templetonów, tęskni za swoją ukochaną i oddaną, niezyjącą żoną Laurą. Spędzony z nią czas był najpiękniejszym okresem jego, obecnie jakby wypranego z emocji, życia. Każdy kolejny dzień wydaje się być podobny poprzedniemu, a kariera aktorska przybrała formę, nie dającej nazbyt wielkiej satysfakcji, rutyny. 

Kiedy przybywa na plan nowej sztuki, by odbyć próbę generalną przed premierą, okazuje się, że dobrze znany reżyser, został zastąpiony przez nowego, apodyktycznego inscenizatora, Arthura Willisa (w tej roli, nie wymagających chyba szerszej prezentacji, Sydney Pollack). Willis bezpardonowo ruga Bootha za spóźnienie, na co ów reaguje paniczną ucieczką i… po opuszczeniu teatru natyka się na tłumek wielbicieli, oklaskujących jego udany występ. Okazuje się, że jakimś cudem, Templeton cofnął się ponad trzydzieści lat wstecz, do roku 1927, do okresu, w którym wystawiana była jedna z najlepszych sztuk z jego udziałem, „The Great Seed”. 

Oszołomionego tym zdarzeniem Bootha, odnajduje jeden z członków ekipy z teatru, informując go, że jego żona Laura (Pippa Scott), wraz z najlepszym przyjacielem, reżyserem, Barneyem Fluegerem (Charles S. Carlson), czekają na niego w nielegalnym klubie nocnym. Booth, nadal nie do końca wierząc w to, co się wokół niego dzieje, niezwłocznie udaje się w dobrze znane miejsce i, rzeczywiście, odnajduje tam, mocno już podchmieloną Laurę i Barneya w szampańskim nastroju. Templeton namawia małżonkę do opuszczenia lokalu, na co ta reaguje w nieoczekiwany sposób, zachowując się złośliwie i ordynarnie. Jej styl i maniery mocno odbiegają od obrazu Laury, jaki Booth pielęgnował w swojej pamięci.

Kiedy prośby nie pomagają, Templeton staje się dużo bardziej natarczywy, brutalnie przerywając taniec żony, na co Laura reaguje wymierzeniem mu policzka i słowami „Dlaczego nie wrócisz skąd przyszedłeś? Nie potrzebujemy cię tu!”, po czym, nie zwracając uwagi na jego dalsze błagania, wraca do szaleńczego charlestona. Kiedy zrozpaczony Booth opuszcza lokal, muzyka nagle cichnie, głosy milkną a światło przygasa. Laura, Barney, oraz wszyscy goście i personel lokalu ze smutkiem patrzą za odchodzącym Templetonem. Ów wraca z powrotem do teatru, po przekroczeniu progu którego okazuje się, że wrócił do czasów współczesnych, do roku 1960.

W kieszeni płaszcza znajduje scenariusz do dziwnie zatytułowanej sztuki – „Co robić, kiedy Booth powróci.” Z zaskoczeniem odkrywa, że cała scena, która odbyła się w nielegalnym przybytku, w roku 1927, została dokładnie rozpisana w skrypcie a dziwnie zachowująca się żona i przyjaciel jedynie odgrywali role. Do Bootha przychodzi refleksja, że całe wydarzenie w nocnym klubie było specjalnie zainscenizowane w taki sposób przez „duchy z przeszłości”, by podstarzały aktor w końcu przestał idealizować minione czasy i zaczął żyć dniem obecnym. Dzięki temu, odzyskawszy nieco wigoru i pewności siebie, Templeton „przywołuje do porządku” despotycznego reżysera i z podniesionym czołem rusza, by stawić czoła wyzwaniom, jakie niesie z sobą przyszłość. 

"You know, there are some moments in life that have an indescribable loveliness to them. Those moments with Laura are all i have left now."
„You know, there are some moments in life that have an indescribable loveliness to them. Those moments with Laura are all i have left now.”

Sugestywny, choć niepozostawiający szerszego pola interpretacji, skrypt idealnie trafia w sedno – chołubienie minionych chwil i zaślepienie nostalgią, często bywa kulą u nogi. Oglądany współcześnie „The Trouble with Templeton” zyskuje na aktualności w swej wymowie – w obecnej dekadzie trend schlebiania mocno koloryzowanej przeszłości uwidacznia się, aż nazbyt wyraźnie. Wielu z nas, podobnie, jak Booth Templeton i Martin Sloan, potrzebują tego „emocjonalnego kopniaka”, który sprawi, że zaczniemy bardziej przychylnym okiem patrzeć na otaczającą nas rzeczywistość i zamiast opłakiwać „przywiędłe kwiaty” przeszłości, będziemy z niej czerpać raczej naukę, która pozwoli nam w lepszy sposób przygotować się na nadchodzące jutro. I im szybciej pojmiemy tą lekcję tym lepiej – nim będzie za późno, jak w przypadku Garta Williamsa z „A Stop at Willoughby”. Nostalgia, bowiem, to miecz obosieczny.

„The Trouble with Templeton” zawiera jedną z najbardziej zapadających w pamięć scen w historii „Strefy Mroku”, która, w prawdopodobnie niezamierzony sposób, dość ładnie koreluje z pamiętnymi sekwencjami z karuzeli w „Walking Distance”. Jest coś przyprawiającego o nagły smutek w tej bezbłędnie nakręconej scenie, która następuje po tym, gdy Booth opuszcza nocny klub. Muzyka nagle się urywa, scena ciemnieje a na twarzach zastygłych w bezruchu postaci z wolna gasną uśmiechy. Laura, jakby niepewna tego, czy postąpiła słusznie, robi kilka kroków naprzód – jak gdyby, mimo wszystko, chciała powstrzymać Templetona przed odejściem – a gęstniejąca ciemność ukrywa resztę postaci, obejmując coraz mniej wyraźną sylwetkę kobiety. W końcu mrok przykrywa wszystko. Przeszłość staje się zamkniętą kartą.

Występ Sidneya Pollacka w roli nie znoszącego sprzeciwu, reżysera-hegemona, był prywatnym żartem odtwórcy roli Willisa i reżysera odcinka, Buzza Kulika. Postać, jaką gra Pollack, jest kpiną z innego reżysera, z którym obaj panowie mieli „przyjemność” pracować swego czasu. Pełne patosu słowa, włożone w usta Willisa, sposób wypowiadania fraz i akcent, charakterystyczny dla mieszkańców stanu Georgia, z którego pochodził „oryginał”, zostały jota w jotę zapożyczone od nielubianego przez Kulika i Pollacka reżysera. Prawdopodobnie obaj czerpali niemałą przyjemność, kiedy w finale Booth Templeton, w pewnym sensie, „sprowadza do parteru” ich antypatycznego kolegę po fachu. 

Screenshot_2
„I am definitely in. And it is definitely mr. Templeton, especially to one so young as you.”

Ocena odcinka: 8/10

Reklamy
Seria 2, Odcinek 9 – The Trouble with Templeton

2 uwagi do wpisu “Seria 2, Odcinek 9 – The Trouble with Templeton

  1. Początkowo też miałem zamiar dać taką ocenę, ale po chwili zastanowienia zmieniłem zdanie. Taka ocena, oznaczałaby, że jest to odcinek słabszy od „A Stop at Willoughby”. Innymi słowy, w zestawieniu z innymi odcinkami drugiego sezonu „The Trouble with Templeton” zasługuje na 7/10. W – jak to nazwałem na swój użytek – nostalgiczno-sentymentalnej trylogii dzieli zaszczytne drugie miejsce ex aequo z „”A Stop at Willoughby”. „Walking Distance” jest w tym zestawieniu niekwestionowanym liderem :–)

    Lubię to

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Facebook photo

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Google+ photo

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s