Seria 1, Odcinek 32 – A Passage for Trumpet

Seria 1, Odcinek 32 - "A Passage for Trumpet"
Seria 1, Odcinek 32 – „A Passage for Trumpet”

Upór, z jakim Rod Serling dążył do zekranizowania kilkukrotnie odrzucanego skryptu o muzyku, który z powodu prześladującego go pecha i braku perspektyw nie jest w stanie realizować swojej największej pasji, zaowocował ostatecznie jednym z najbardziej klimatycznych, stonowanych i poruszających wrażliwą nutę odcinków „Strefy zmierzchu”. Zaskakujące, że nawet życzliwa – choć jak się okazało surowa w ocenie dostarczanego jej materiału – długoletnia agentka Serlinga, Blanche Gaines, po kolejnym z odmownych listów przysłanych przez producenta jednej z telewizyjnych antologii, stwierdziła, że potencjalna realizacja zaprezentowanego scenariusza – różniącego się od ostatecznej wersji w wielu detalach i pozbawionego wątku nadnaturalnego, jakkolwiek nie odbiegającego znacząco w kwestii przesłania – może „godzić w reputację” Serlinga. Po wielu latach i kilku rewizjach udało się twórcy „Strefy zmierzchu” zrealizować „A Passage for Trumpet”. Renoma i popularność „The Twilight Zone” nie były tu bez znaczenia, ale przyznać trzeba, że koniec końcem był to wyjątkowo dobry skrypt.

Joey Crown (Jack Klugman) jest znakomitym jazzmanem, który kocha i nie może żyć bez muzyki. Jego talent nie idzie, niestety, w parze z zaradnością i udanym życiem towarzyskim. Pozbawiony przyjaciół i wyraźnie czujący brak „drugiej połówki” popada w alkoholizm. Joey uważa, że dopiero kiedy jest pijany, może rozwinąć skrzydła i grać niczym członek anielskiej orkiestry. Niefortunnie, żaden klub ani jazz band nie chce przyjąć w swoje szeregi człowieka, na którym nie może polegać. Gdy jeden dawnych znajomych odmawia mu możliwości zagrania w nocnym klubie, Joey w akcie desperacji oddaje swój ukochany instrument do lombardu i rzuca się pod koła nadjeżdżającego samochodu. Po ocknięciu się szybko stwierdza, że napotykani ludzie go nie widzą. Odwiedzając swoje ulubione miejsca, zauważa, że osoby, które znał i spotykał zostały zastąpione przez zupełnie obce postaci. Po kilku nieudanych próbach skomunikowania się z nimi, dochodzi do wniosku, że jest duchem.

Kiedy zapada zmrok, udaje się pod swój ulubiony klub i słyszy przepiękną melodię graną na trąbce. Mężczyzna, który ją wykonuje nie dość, że widzi Joeya, to jakimś cudem zna jego imię. Nieznajomy wyjaśnia muzykowi, że wcale nie jest martwy – to wszyscy dookoła są duchami, on zaś jest w stanie limbo. I tylko od niego zależy, czy wróci do świata żywych. Mężczyzna oznajmia, że Joey nie dostrzega najważniejszego – jak wielki wpływ ma jego piękna muzyka na życie innych ludzi. Kiedy pan Crown podejmuje decyzję o powrocie do świata żywych, tajemniczy  mężczyzna odchodzi. Joey rusza za nim krzycząc „Hejnawet nie wiem, jak masz na imię!”. Mężczyzna odwraca się, mówiąc „Imię? Mów mi Gabe… To skrót od Gabriel”. 

"I got enough instruments now to equip sousa's band. I need another bugle like i need my taxes raised."
„I got enough instruments now to equip Sousa’s band. I need another bugle like i need my taxes raised.”

Fabuła „A Passage for Trumpet” nie jest może szczególnie odkrywcza. Kino wykorzystywało podobne motywy od lat i na długo przed powstaniem „Strefy zmierzchu” („To wspaniałe życie” kłania się uniżenie). O wyjątkowości tej historii przesądza przede wszystkim, bijąca wprost z ekranu, zaangażowania aktorów i – głównie – z głośników, miłość do muzyki w ogóle i jazzu w szczególności. Przez cały czas seansu towarzyszą nam melancholijne kompozycje, aranżowane na trąbkę. Zarówno muzyka tła, jak i sola bohaterów są tak śliczne, że poruszają każdą wrażliwą strunę w duszy. Zwłaszcza, jeśli lubi się jazz.

Wcielający się w główne postaci Gabe’a (John Anderson) i Joeya aktorzy, nie będąc w rzeczywistości muzykami, poświęcili długie godziny na naukę gry na trąbce, przed nakręceniem tego epizodu. Masa włożonego w to czasu i energii jest doskonale widoczna na ekranie. Kiedy Anderson i Klugman „symulują” grę na instrumencie nie czuć tu ani odrobiny fałszu, czy pozoracji. Profesjonaliści, po obejrzeniu tego epizodu, chwalili fachowe trzymanie trąbki, łącznie z prawidłowym i współgrającym z wykonywaną kompozycją ułożeniem palców na tłokach. 

Poza zaangażowaniem od technicznej strony, obaj panowie zagrali, po prostu fenomenalnie. Zarówno rola Andersona, jak i Klugmana to górna półka gry aktorskiej – nawet biorąc pod uwagę wysokie standardy tej serii. Mimo, iż ciężko nazwać postać Crowna bohaterem pozytywnym, to Klugman swoją aranżacją sprawił, że wyzwala on w widzu spore pokłady empatii. Nie sposób mu nie współczuć i dobrze jest się cieszyć wraz z nim, kiedy wreszcie odnajduje swoje powołanie i los zaczyna mu sprzyjać. Natomiast krótki występ Johna Andersona, jako anioła Gabriela… Po prostu brak mi słów. Anderson emanuje ciepłem i spokojem. Każdy spotkawszy na swojej drodze człowieka roztaczającego wokół siebie taką charyzmę i atmosferę harmonii z miejsca nabrałby wiary w siebie i w to, że wszystko będzie dobrze, wszystko się ułoży. Genialna, choć stonowana w emocjach rola. Po prostu niektórzy aktorzy… Ba, niektórzy ludzie po prostu tak mają – nie muszą nic robić, wystarczy, że są. Imponujący dobór głównej obsady tego odcinka, trzeba przyznać.

Na uwagę zasługuje też pewna sztuczka techniczna. Kiedy Joey w „niematerialnej” postaci odwiedza hol swojego ulubionego kina i próbuje przejrzeć się w lustrze, całe tło – łącznie z siedzącą w budce bileterką – z wyjątkiem postaci muzyka, odbija się w tafli. Efekt uzyskano dublując w najmniejszym detalu oba plany zdjęciowe, po jednym na każdą „stronę lustra”. Nieco zabawnym jest fakt, że w rolę „podwójnej” kasjerki wcieliły identyczne bliźniaczki, które w trakcie nagrania kopiowały dokładnie swoją mimikę.

Znakomity, wybitnie zagrany, napełniający masą pozytywnych wrażeń i pieszczący ucho doskonale dobraną muzyką odcinek „Strefy zmierzchu”. Zaskakujące, że ten świetny skrypt musiał czekać, aż sześć lat na realizację i dodanie doń wątku paranormalnego, by mogła go docenić szersza publiczność.

"Take what you get and you live with it. Sometimes it's sweet frosting, nice gravy. Sometimes it's sour, it goes down hard, but you live with it. Yeah, it's a nice talent you got. To make music, to move people. make'em wanna laugh, make'em wanna cry. They can tap their feet. Make'em wanna dance. That's an exceptional talent, Joey."
„Take what you get and you live with it. Sometimes it’s sweet frosting, nice gravy. Sometimes it’s sour, it goes down hard, but you live with it. Yeah, it’s a nice talent you got. To make music, to move people. make’em wanna laugh, make’em wanna cry. They can tap their feet. Make’em wanna dance. That’s an exceptional talent, Joey.”

Ocena odcinka: 9/10

Reklamy
Seria 1, Odcinek 32 – A Passage for Trumpet

Jedna uwaga do wpisu “Seria 1, Odcinek 32 – A Passage for Trumpet

Skomentuj

Wprowadź swoje dane lub kliknij jedną z tych ikon, aby się zalogować:

Logo WordPress.com

Komentujesz korzystając z konta WordPress.com. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie z Twittera

Komentujesz korzystając z konta Twitter. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Facebooku

Komentujesz korzystając z konta Facebook. Wyloguj / Zmień )

Zdjęcie na Google+

Komentujesz korzystając z konta Google+. Wyloguj / Zmień )

Connecting to %s